Translate

czwartek, 14 marca 2013

Wiersz numer sto trzynaście: Tafla.

Więc postanowiłam napisać coś o powierzchownym postrzeganiu postaci, ale z powodu wycieczki i późnej pory średnio mi to wyszło. Zwłaszcza, że znowu nie mogłam jakiś czas niczym ruszyć... Jak zauważyliście jest dużo osób, które widzą postaci tylko na zasadzie "O jaki słodki" a nie widzą, że jako kraj kiedyś musiał być naprawdę potężny, lub nawet zły. Albo "Jaki niemiły" a on naprawdę jest jedynie skryty. Więc trochę o tym napisałam, ale sama nie wiem co mi wyszło...

Tafla

Patrząc na taflę jeziora
Widzisz jedynie jego powierzchnię
Głębia i piękno skryte jest pod płaskim lustrem wody
Nigdy nie poznasz prawdy patrząc jedynie na powierzchowność

Lustro ukazuje Twe oblicze
Jednak nie jest to tym czym jest ono samo
Składa się ono jedynie z pustego szkła i marnej warstwy srebra
Ale Ty widzisz w nim wszystko, co może tylko ukazać się tuż przed nim

Wszystko kryje w sobie drugie dno, zwykle niedostrzeżone
Nic nie jest takie, jakie może nam się wydawać
Prawda zawsze skrywa inną prawdę, a jej ziarenko kryje się w każdym kłamstwie
Nigdy nie poznasz wszystkich obliczy tego, co obserwujesz jedynie przez chwilę

Przed sobą widzisz samotnego człowieka
Poważnego gentlemana, nieco sarkastycznego
Czy myślisz o tym co czuje?
Patrzysz jedynie na to, co najłatwiej ujrzeć

Sarkazm, cynizm, ironię
Bierzesz jedynie za afront przeciw Tobie
A czy potrafisz zrozumieć, że to obrona jedynie?
To Ty możesz skrzywdzić jego każdym słowem

Myślisz, że jest bezbronny
W swej skorupie skryty przed światem
Nie znasz prawdy
Nie widziałeś odbicia jego dawnych dziejów

Widzisz też słodkiego młodzieńca
Wciąż uśmiechniętego, niczym kontrast dla poważnego towarzysza
I myślisz zapewne, że niczym dama w opałach
Broniony jest przez tego zimnego rycerza

Lecz czy myślisz o tym, jak wiele przeszedł?
Nie zdajesz sobie sprawy z jego potęgi zdobytej wśród cierpień
I widzisz jedynie słodki obrazek
Na który nic nie rzuca cieni

Wielu w okół podobnych nim jest
Beztroskie dzieci doświadczone wojną
Słodkie istoty okrutniejsze niż sama śmierć
I straszne postaci potrzebujące jedynie odrobiny miłości

Nigdy jednak nie poznasz całej prawdy
Jedynie jej powierzchnię, marne odbicie
Stworzysz dla siebie własną, zbudowaną z tysięcy kłamstw
I będziesz jej bronić przed każdym cieniem rzeczywistości

środa, 13 marca 2013

Wiersz numer sto dwanaście: Krzyk i milczenie.

O, numer wiersza jak telefon po służby ratunkowe: 112. Pamiętajcie dzieci! Jak się pan popsuje to tam dzwonić! A tak na serio... Wiersz mało hetaliowy, bardziej ogólnie historyczny. W końcu o sukcesach się krzyczy, a o porażkach milczy. A zgadnijcie kto dzisiaj znowu zemdlał na w-f a jutro idzie odebrać pierwszy tom Hetalii z Matrasa~<3

Krzyk i milczenie

Najgłośniej krzyczą o zwycięstwach
Wciąż rozgłaszają sukcesy
Uwieczniają chwile chwały
I chełpią się zdobyczami

Nikt nie widzi strat, którymi okupiono sukcesy
Nikt nie widzi płaczących matek poległych żołnierzy
Nikt nie widzi wspólnych mogił
Nikt nie widzi sierot

Nikt nie słyszy łkania wdów
Nikt nie słyszy błagań konających
Nikt nie słyszy szeptu pokonanych
Nikt nie słyszy błagań o litość

Lecz wciąż zwycięzca krzyczy o swej wielkości
Obrazy wygranych bitew zdobią muzea całego świata
I już na zawsze pamiętać będziemy jedynie
To, czym można się chwalić

poniedziałek, 11 marca 2013

Wiersz numer sto jedenaście: Wolność przynosząca ukojenie.

Dziś (naprawdę jeszcze tylko przez kilka minut...) jest rocznica odzyskania niepodległości przez Litwę, gdy uwolniła się od Związku Radzieckiego. Ten wiersz ma być nieco wyrazem podziwu dla Litwy i radości z tego, że można znów ją podziwiać. Cieszmy się wolnością niepodległych krajów! Oby było ich jak najwięcej! Ale o wszystkich wierszy nie umiem... O Polsce wiem z wiadomych przyczyn, o Litwie uczy mnie taki ładny, straszny pan... A o innych jeszcze za mało wiem i nie chcę nic popsuć, bo nawet jeśli znajdę prawdziwe dane, to zapewne są bezużyteczne bez odpowiedniego kontekstu.

Wolność przynosząca ukojenie

Pośród śniegu i mrozu
Wykwitać zaczął kwiat nowy
Najpierw zbyt delikatny, by się wybić
Lecz to on był początkiem wiosny

Delikatne, zielone listki rozpościera
Złoty nektar i płatki ma czerwone
To pierwsza oznaka wiosny
Pierwszy krok, by mróz odszedł

I tak kwiat wykwitł pięknie dnia marcowego
Pokonał śnieg i lód świata tego
Dał sygnał innym kwiatom
By ogród zapełnić, nastał czas odwilży

I tak dzięki małemu kwiatkowi
Ogród zapełnił się zielem
A zima odejść musiała niepyszna
Nastał czas wiosny i radości

Niczym kostki domina
Jeden za drugim spadały łańcuchy
I uciśnieni ruszyli ku wolności
Rozbijając pod stopami lód nieczuły

Od jednego kwiatu rozpoczęła się wiosna
Od jednego kraju rozpoczęła się wolność
I tak o to nowe trzy kolory wolności
Zniszczyły niewolę zbrukaną krwią niewinnych

A więc w dzień ten marcowy
Radujmy się wolnością braci naszych
I cieszmy się, że i oni pokonali
Zimę gorszą od śmierci

Tak więc ramię w ramię ku wolności
Niech zmierzają wszystkie narody
A ogród zapełni się zielem
Na niebie pojawi się nowa tęcza

Historia poza tematem numer pięćdziesiąt dwa: Najcenniejszy skarb - Część dziesiąta.

Ostatnia część, jednak pozostawiam sprawę otwartą. Nie chciałam ich zabijać, a ułaskawienie byłoby zbyt przesłodzone, więc sami zdecydujcie co stało się dalej.

Najcenniejszy skarb
Część X

                Światło poranka zwiastowało ich koniec. Zaczynali żałować, że nie zginęli wcześniej, w walce, z honorem. A teraz mieli posłusznie czekać aż ich życia zostaną zakończone przez czyjąś władzę i poczucie sprawiedliwości. Wiedzieli, że na to zasłużyli, lecz wciąż nie mogli się z tym pogodzić. Nadszedł czas ich ostatniej szansy, przesłuchania. Mogło zginąć jedno z nich, lub wszyscy. Wystarczyło zrzucić całą winę na ich kapitana. Mogli odejść jako uwolnione ofiary pirata, lub zginąć jako jego pobratymcy. On chciałby choć coś osiągnąć przez swą śmierć, chciałby ich ochronić. Choć egoistyczna część jego duszy pragnęła umrzeć wraz z nimi, nie w samotności, widząc jak odchodzą. Lecz wiedział, że nie wolno mu tego pragnąć. Cały czas, gdy pytano go o losy statku, trzymał się wersji, że osoby pojmane wraz z nim były jego jeńcami. Jako pobratymców wymienił jedynie tych, którzy już dawno zginęli. Wciąż powtarzał, że ta trójka jest niewinna, że tylko on zasługuje na karę. Chronił ich najdłużej jak mógł. Jednak po kilku pytaniach zrozumiał, że oni wiedzą wszystko. To nie jego przesłuchiwali pierwszego. Więc co powiedzieli inni? Każdy z nich potwierdził jedną wersję, prawdziwą. Opowiedzieli o tym, jaki był wspaniały dla nich, o tym, jak nigdy nie podniósł na nikogo głosu, ani tym bardziej ręki. O tym, jak nie chciał nigdy nikogo skrzywdzić. I wszyscy potwierdzili, że przyłączyli się do niego z własnej woli. Gdy się o tym dowiedział, czuł się jednocześnie szczęśliwy i bezużyteczny. Szczęśliwy, bo oni postanowili go chronić i nie opuszczać go do końca. Bezużyteczny, bo nie mógł nawet teraz pomóc im przeżyć. Ale to oni wybrali tę drogę. Więc i oni wkrótce szli wraz z nim na szafot.
                W miejscu, w którym mieli oddać katom swe życia zgromadziło się wielu ludzi. Wśród nich również rodzina, u której wcześniej służył błękitnooki. Nagle wśród tłumu zawrzało. Magnat krzyczał, by oddać mu jego sługę. Jego pieniądze mogły go spokojnie uniewinnić.
- Idź z nim – szepnął zielonooki do swego pobratymca. – Choć Ty uratuj swe życie, powiedz, że naprawdę jesteś jego sługą, powiedz, że nic co do tej pory powiedziałeś nie było prawdą. Ucieknij. Wystarczy, że przysięgniesz mu wierność.
- Nie zrobię tego. Wolę przysiąc ją komuś innemu – błękitnooki spojrzał na swego towarzysza.
- Oszalałeś?! To Twoja jedyna szansa.
- I właśnie ją wykorzystuję – uśmiechnął się delikatnie, po czym powiedział ludziom, że nie potrzebuje łaski. Powiedział o tym, że woli umrzeć tu i teraz, ale z tymi właśnie osobami, niż żyć jako marionetka. Może istnieć tylko tam, gdzie oni, nie ważne czy na tym czy na tamtym świecie. Sakiewka magnata mogłaby ułaskawić ich wszystkich... Lecz opowieść kończy się w tym miejscu. Co usłyszano dalej? Dźwięk ich śmierci czy ułaskawienia? W świecie pozbawionym moralności władzę mają pieniądze.

niedziela, 10 marca 2013

Historia poza tematem numer pięćdziesiąt jeden: Najcenniejszy skarb - Część dziewiąta.

Następny rozdział będzie ostatnim. Jak myślicie, jaki będzie koniec?

Najcenniejszy skarb
Część IX

                Jednak czy sny naprawdę mogą się spełnić? Czy może zamieniają się w koszmary? Wiele dni drogi przyniosło im coś tak różnego, od tego, czego pragnęli. Słońce wschodziło, a oni byli w stanie ujrzeć port handlowy, jednak ujrzeli też coś, czego na pewno nie chcieli nigdy zobaczyć. Flotę wypływającą im na przeciw. Czyżby dowiedziano się dokąd zmierzają? W końcu nigdy wojsko nie bywało w porcie, a na pewno nie w sposób tak liczny i zorganizowany. Nie mieli szans na ucieczkę, wiatr był ich wrogiem. Olbrzymie statki nadpływały z dużą szybkością, większą niż ta, którą mogli osiągnąć płynąc ku otwartej wodzie. Jednak nie atakowano... Więc mieli zostać schwytani żywi... Czekało ich coś gorszego niż śmierć. Kapitan obwiniał się za swą samolubną decyzję. Gdyby nie chciał wracać mogliby popłynąć inną trasą, na lepsze, bezpieczniejsze wody, do pustego portu... Ale on chciał popłynąć do miejsca, z którego wypływał jego towarzysz, oddać go rodzinie i samemu odnaleźć swe miejsce. Jednak to ich odnalazła flota, a jedyne co czekało u kresu podróży to cierpienie. Otuchy dodawały mu pełne determinacji spojrzenia załogi, która nawet nie brała pod uwagę przegranej, a tym bardziej zostania schwytanym. Jednak jedna osoba rozumiała wszystko. Błękitnooki patrzył na niego ze smutkiem, jakby nie miał już żadnej nadziei. On tak wiele tracił... Albo miał odejść od niego, wrócić do rodziny, ale widzieć jego cierpienie, lub zostać z nim i zginąć u jego boku. Został przez niego porwany, były na to dowody. Mógł to powiedzieć i odejść wolny. Ale byłby to kolejny zarzut przeciwko niemu. Mógł też go obronić. Powiedzieć, że sam się zgodził, opowiedzieć o tym, jak on daje ludziom wybór, nigdy ich nie zabijając, jedynie pozwalając im umrzeć. Jednak wtedy opowiedziałby się po jego stronie i podzielił jego los. A teraz wyborem mógł być tylko rodzaj śmierci. Miał ratować siebie, czy próbować choć trochę ulżyć jemu? Nie mógł zdecydować. Lecz czy miał do kogo wracać i dla kogo żyć? Czy może jedynie do końca życia obwiniałby się za jego cierpienie? Zdecydował więc, że musi go chronić. Zielonooki zrozumiał to samo. Chciał ochronić jak najwięcej osób. Chciał kłamać o tym, że tylko on ich zmusić, że nikt nie podążał za nim z własnej woli. Wtedy mogliby zostać ułaskawieni, lub chociaż pozwolono by im żyć, jeśli uznano by ich jedynie za jego jeńców. Jednak wtedy dla niego nie byłoby już ratunku. Ale on właśnie tego pragnął. Chciał już nigdy nie oglądać ludzkiego cierpienia. Śmierć też przecież spełniała to marzenie, prawda?
                Wiele godzin minęło, nim bitwa morska się skończyła. Choć... Czy można to tak nazwać? Zostali otoczeni przez flotę, a jej załoga wdarła się na ich pokład, zupełnie tak, jak zawsze oni robili. Czyż to nie ironia? Teraz mieli przeżyć to, co przeżywały ich ofiary, a raczej zginąć w ten sam sposób. I ginęli. Po kolei padały na pokład pirackie ciała, krew zalewała deski. Wszyscy, niczym jeden chronili swego kapitana. A on mógł jedynie wydawać im rozkazy, mając nadzieję, że choć trochę pomogą i oszczędzą im cierpień. Wtedy pierwszy raz od dawna po jego policzkach popłynęły łzy, gdy patrzył jak traci tych, którzy byli dla niego jedyną rodziną. Dopiero wtedy zrozumiał ich prawdziwe znaczenie. Zostali otoczeni, on, jego towarzysz, mianowany przez niego nowy kapitan i ten najmłodszy chłopiec z załogi. Inni już nie żyli. Oni również mieli podzielić ich los. Zostali zabrani na pokład statku floty, a ich własny spłonął. Młody chłopak płakał, miał przed sobą całe życie, a teraz widział koniec wszelkich swoich nadziei. Jednak był szczęśliwy mogąc choć jeszcze kilka chwil być przy swoim kapitanie. Całą czwórkę wtrącono do jednej celi, bez jedzenia i wody, w towarzystwie szczurów.
- Od teraz jestem taki jak wy, nie musicie już mnie chronić. Posłuchajcie mojego ostatniego rozkazu, chrońcie siebie – zaczął zielonooki. – Jeśli was zapytają, powiedzcie, że was zmusiłem, że wy chcieliście się zbuntować, a Ci, którzy wam na to nie pozwalali już nie żyją. Obwińcie mnie za wszystko, ja mogę zginąć, wy nie – w tym momencie zwrócił się do starszego ze swych pobratymców. – Zaopiekuj się młodym. Teraz powiecie, że jesteście ojcem i synem, a ja was porwałem. Jeśli uda się wam przetrwać, jeśli was stąd wypuszczą, ucieknijcie, znajdźcie dom i żyjcie uczciwie. Macie być szczęśliwi, zrozumiano? – łzy w oczach pobratymców sprawiły, że ledwie hamował własne. – A Ty... – spojrzał na błękitnookiego. – Ty wiesz co masz powiedzieć. Przecież Ciebie naprawdę porwałem, wybacz mi to... Teraz możesz wrócić do swojej rodziny. Musisz tylko powiedzieć prawdę. Oni sami oddadzą Cię rodzinie i będą się chwalić Twoim cudownym uratowaniem. Wiedzą kim jesteś, dlatego nas ścigali. Musisz tylko powiedzieć prawdę i wrócisz do domu – wszyscy skinęli głowami, ale w ich oczach pojawiły się łzy, które wkrótce spłynęły po ich policzkach.
- A co z Tobą? – odezwał się błękitnooki.
- Ja dostanę to na co zasłużyłem... Wiesz, spełni się moje marzenie... Już nigdy nie ujrzę ludzkiego cierpienia. Chciałbym, by wasz uśmiech był ostatnim widokiem jaki zobaczę. Jednak... Nie mogę tego od was wymagać, prawda? – kapitan wydawał się być niewzruszony swym losem, pogodzony z nim. Młody chłopak wtulił się w niego nagle, a wtedy i po jego policzkach popłynęły łzy. Koniec zbliżał się nieubłaganie. Już nic nie mogło się zmienić. A on pragnął jedynie, by choć oni przetrwali. Nie wiedział, że to ostatnia rzecz o jakiej mogliby teraz myśleć.

Historia poza tematem numer pięćdziesiąt: Najcenniejszy skarb - Część ósma.

Miało być dodane dziewiątego, ale napisałam na styk, a wtedy się komputer zawiesił i dodaję kilka minut po północy. Złośliwość rzeczy martwych, kiedy mam nadzieję, że jeden miesiąc ilość notek będzie się zgadzać z ilością dni. Więc teraz nieco komplikacji. Co wybiorą, gdy są tak blisko końca?

Najcenniejszy skarb
Część VIII

                Powoli zbliżali się ku szlakowi handlowemu. Postanowili płynąć nim w stronę portu, wiedzieli, że niedługo natrafią tam na statek. Czy to było dobrze, czy źle? Załoga była szczęśliwa na myśl o nowych łupach. Lecz ich kapitan nie chciał znów widzieć śmierci, ani tym bardziej kazać na nią patrzeć ledwie zyskanemu towarzyszowi. Musiał też przekazać pewną informację swym ludziom. Wybrał najodpowiedzialniejszego z nich, kazał mu zwołać resztę i stanąć przed nimi, tuż obok siebie samego.
- Mam dla was pewną wiadomość. Nie jestem pewien jak ją przyjmiecie, ale bądźcie pewni, że nie zamierzam zmieniać decyzji. Nie jest też ona podjęta pod wpływem impulsu, jedynie wydarzenia ją nieco przyspieszyły. Tak więc przekazuję dowództwo – i tu wskazał na mężczyznę obok siebie, wymawiając jego nazwisko. – a sam chcę już odejść – pośród załogi rozległ się szmer, dźwięki oznaczające oburzenie, czasem smutek i żal. – Nie bądźcie zdziwieni. Zapewne od wielu miesięcy widzieliście, że staram się omijać ogień bitewny. Nie dlatego, że się boję, lecz po prostu nie chcę patrzeć na czyjąś śmierć. A wiem, że jest ona niezbędna, by spełnić wasze marzenia. Nie mogę też znieść myśli, że nie tylko daję na nią przyzwolenie, ale nawet rozkaz jej wykonania. Teraz znalazłem inną drogę, by osiągnąć to, czego pragnąłem. A wy możecie nadal podążać swoją ścieżką. Zabiorę jedynie swoje rzeczy i część pieniędzy, które pozwolą na spokojne rozpoczęcie nowego życia. Oczywiście również mojego osobistego sługę, który jest przecież moją własnością.
- Zamącił kapitanowi w głowie! Niech kapitan go nie słucha i zostanie! On chce tylko zdobyć pańskie pieniądze! Wyda pana i je zabierze! Na pewno! Trzeba się go pozbyć, żeby pana ratować! – krzyczał ktoś z tłumu. Ludzie ruszyli, ku skrytemu w oddali błękitnookiemu.
- Natychmiast macie się zatrzymać! To nie jest jego wina, ani tym bardziej jego decyzja. Planowałem odejście od dawna. Ale jak wiecie, tylko wy mi towarzyszycie, więc nie miałbym ani gdzie, ani do kogo odejść. On tylko dał mi taką możliwość.
- Czyli zostanie pan, jeśli on zginie? – ten głos z tłumu był zbyt pełen nadziei jak na wypowiedziane słowa.
- Jeśli go zabijecie zrobię to, co wszyscy, którzy nie chcieli być na tym statku. W końcu nie będę miał wtedy innego wyjścia. Nadszedł czas na nasz ostatni atak. Ja już pójdę spakować swoje rzeczy. Pamiętajcie, że jeśli będziecie w porcie miasta, w którym się zatrzymam, możecie się mnie tam spodziewać. Będę was wypatrywał – po tych słowach, nie czekając już na nic, odszedł do swojej kajuty. Rzeczy nie miał zbyt wiele, w końcu nie potrzebował pamiątek, ani nie miał dla kogo się stroić, ani od kogo otrzymywać prezentów. Zmieścił ich wspólne rzeczy w jednym, sporym kufrze. Spojrzał na błękitnookiego, który był nieco wystraszony. Zapewnił go, że na pewno nie nastąpi rewolta i będą mogli spokojnie odejść. I tego właśnie pragnęli. Spokoju z dala od krwi i śmierci.
Gdy nadszedł zmrok ujrzeli na horyzoncie statek handlowy. Miał on być ostatnim, jaki przyjdzie im zaatakować. Tak więc zielonooki wraz z towarzyszem obserwowali wszystko. Widzieli ogień i krew.
- Tak wygląda to, co muszę ciągle obserwować – zielonooki mocniej ścisnął dłoń swego towarzysza. – Jeśli chcesz ode mnie odejść, powiedz mi to teraz. Nie musisz być na moim łańcuchu.
- Nie jestem na żadnym łańcuchu. Dobrze wiedziałem na co się piszę, ale to... Nie chcę tego... Dlatego zabiorę Cię stąd...  Żebyś już nigdy nikogo nie skrzywdził.
- Nie boisz się, że Ciebie zabiję? W końcu to umiem. Mógłbym w mgnieniu oka pozbawić Cię życia.
- Wiem o tym. Ale mógłbyś zrobić to już dawno, teraz już nie masz po co – błękitnooki zasłonił oczy przyjaciela, po czym zamknął swoje i go pocałował.
                Jakiś czas później obaj weszli na pokład przejętego statku. Starszy z mężczyzn przyglądał się poczynaniom młodszego. Zaczynał się bać. A jeśli on sam jest pod jego kontrolą? Czy to nie słowa sprawiły, że tak po prostu pozwolił mu nad sobą panować? Teraz nie był pewien, co tak naprawdę czuje. Patrzył na kolejnych ludzi popadających w szloch, kolejnych, nagle uciekających za burtę. I na jego niewzruszone oczy. Gdy ich spojrzenia się spotkały sam miał ochotę skoczyć do oceanu. Jak wiele twarzy miał ten człowiek? Czego powinien się po nim spodziewać? Nie wiedział. Przetrwał do końca „przesłuchania”, po czym wraz z nim wrócił na pokład. Tylko oni dwaj przeszli ze statku handlowego na piracki. Znów nikt nie przeżył. Kosztowności zostały przeniesione, a statek spalony. Zauważyli, że inni piraci zamiast zanieść łup do wspólnego skarbca statku spakowali go w znalezione na statku kufry.
- Kapitanie, prezent pożegnalny – najmłodszy z załogi, chyba nawet jeszcze nie dojrzały, podszedł do zielonookiego, gdy inni postawili przed nimi kufry. – Przecież nie może pan żyć jak zwykli ludzie. Pan musi być lepszy. My możemy dać panu tylko bogactwo... Mam nadzieję, że będzie pan szczęśliwy – po policzku młodego chłopaka popłynęła łza. Zielonooki położył dłoń na jego ramieniu, a wtedy on nagle go przytulił. Czyżby wszyscy byli do niego tak przywiązani? Co miał teraz zrobić? Patrzył na smutne oblicza pobratymców. Znał ich tak długo, błękitnookiego tylko kilka dni. Czyżby został jedynie przez niego zwiedziony? Co powinien wybrać? Zostać z nimi czy odejść z nim? Nie wiedział. Na decyzję miał jedynie kilka dni, nim dopłyną do portu. Musiał wybierać. Nie mógł go dłużej trzymać na statku, widząc jego smutek. Nie mógł też ich opuścić, wiedząc jak bardzo będą tęsknić. Chciał w końcu odejść i żyć w spokoju... Co miał zrobić? Kilka dni na to, by obaj podjęli decyzje. Czy dalsze życie upłynie wspólnie, czy zapomną o tym, że kiedykolwiek się poznali?

piątek, 8 marca 2013

Historia poza tematem numer czterdzieści dziewięć: Najcenniejszy skarb - Część siódma.

Małe rozmyślania na temat władzy i samotności. Powoli zbliżamy się do ostatniego portu. Po drodze jednak znajdziemy jeszcze jeden statek. Jednak to w następnej części. Jak myślicie, czy na końcu tej historii czeka szczęśliwe zakończenie?

Najcenniejszy skarb
Część VII

                Dni mijały jeden po drugim. Morze było spokojne i puste. Powoli zbliżali się do portu, jednak miało to zająć jeszcze dużo czasu. Błękitnooki wciąż zajmował się dbaniem o rzeczy młodszego mężczyzny. Wydawał się być nawet szczęśliwy, mając zajęcie i będąc przydatnym. Już ani razu nie byli ze sobą bliżej. Było to poniekąd dobre, sprawiało, że ich relacje przeszły na zwykłe tory i mogli poznać się lepiej. Ale też powoli zaczęli odsuwać się od siebie. Raz już poznając swój smak mogli za nim zatęsknić. Jednak obu wydawało się to dziwne. Nie myśleli o tym. Po prostu spokojnie zajmowali się tym, czym powinni. Jednak nie mogli oprzeć się wrażeniu, że powietrze w nocy staje się wyjątkowo ciężkie. Trudno było im spać spokojnie, będąc tak blisko. Rozpraszał ich widok siebie nawzajem, a chociażby dotknięcie dłoni przywoływało wiele wspomnień. I choć powinny, nie były one do końca złe. To również było dla nich nienormalne. Jak można z uśmiechem wspominać noc z obcą osobą? Jednak mieli ku temu wiele powodów. Rozczulająca niepewność zielonookiego, uległość błękitnookiego. To wszystko wydawało się być nieco słodkie i niewinne pośród ogólnego zła i chaosu. Dlatego było to takie dobre, choć dziwne wspomnienie. Najmilsze, jakie mogli mieć w tej sytuacji. Tak więc noc była dla nich teraz najmilszym, ale i najtrudniejszym czasem. Wspomnienia wywoływały uśmiech, ale i pragnienie.
- Śpisz? – błękitnooki delikatnie dotknął rozwichrzonych włosów swego towarzysza.
- Nie mogę zasnąć...
- Ja też... Zastanawia mnie jedna rzecz...
- Tak? – zielonooki odwrócił się, by spojrzeć mu w oczy.
- Czy wtedy zrobiłeś to, bo byłem pod ręką, czy naprawdę Ci się podobam?
- Ja... Sam nie wiem... Trochę tak i tak... Wyglądasz wyjątkowo i jako jedyny nie uciekłeś ode mnie... Więc i Ty mnie zauroczyłeś i też nie miałem innego wyboru.
- Potem już tego nie rozbiłeś... I też nie spotkaliśmy cały czas żadnego statku. Czy Ty specjalnie je omijasz, bym nie zobaczył co robisz? Widziałem, że załoga jest strasznie poddenerwowana...
- Jutro powinniśmy znaleźć się na szlaku handlowym, jeśi tak bardzo chcesz. Dlatego są poddenerwowani, czekają na zdobycz. Tak bardzo pragniesz zobaczyć jak zajmuję statek? Chcesz widzieć śmierć niewinnych ludzi? Ja nie chcę. Ale tylko dzięki temu jestem w stanie przetrwać w tym świecie.
- Jeśli nie chcesz widzieć, zasłonię Ci oczy. Jeśli się boisz, będę trzymał Cię za rękę. W końcu od tego tu jestem.
- Zachowujesz się, jakbyś się we mnie zakochał – zielonooki powiedział to nieco żartem, lecz wtedy zobaczył zakłopotanie starszego mężczyzny. – Nie mów, że...
- Oczywiście, że nie! – zaprzeczenie wydawało się być wymuszone. – Skąd w ogóle wziąłeś taki głupi pomysł? Idźmy już spać – błękitnooki zaśmiał się nerwowo i odwrócił plecami do niego. Dzięki temu mógł ukryć rumieniec i smutek w oczach. Jednak po chwili poczuł delikatny dotyk ust na szyi.
- Nie zabraniam Ci tego. I jeśli czegoś chcesz, zrobię to dla Ciebie. Mam dość bycia tym złym. Dla Ciebie stanę się dobry. Gdy dopłyniemy do portu powiem innym, że to już koniec, obiecuję. Przekażę dowództwo komuś innemu, a my poszukamy spokojnego miejsca. Teraz już wiem, że nie tylko z nimi mogę żyć. Od dawna chciałem to zakończyć, ale nie miałem innej drogi. Teraz Ty mi ją pokazałeś.
- Więc, gdy tylko dopłyniemy do portu, wszystko się skończy...
- Jeśli nie teraz, to trochę później. Nie mogę też z dnia na dzień ich opuścić. Rano im powiem o moim planie, dobrze? Jeśli się z nim zgodzą, wszystko się rozwiąże. Jeśli nie, będziesz musiał pomęczyć się jeszcze trochę. Tylko nie myśl, że robię to dla Ciebie. Od dawna chciałem spokoju, ale nie miałem jak odejść.
- Rozumiem... Wszystko będzie dobrze – błękitnooki odwrócił się i przytulił niższego człowieka. – Powiedz... Czujesz się samotny?
- Przy Tobie trochę mniej...
- Może, postarajmy się zapomnieć o samotności? Choćby na chwilę? Nie chcę już czuć smutku.
- Dobrze... Jeśli tego chcesz... – zielonooki delikatnie dotknął jego szyi.
- Skoro wszystko ma się zmienić... Dziś ja to zrobię. Pozwól mi Tobą rządzić. W końcu chcesz porzucić władzę, prawda? Sprawdźmy, czy nie boisz się być uległym.
- Nie boję się... – jednak jego głos był nieco zbyt delikatny.
- Zobaczymy... – delikatne dłonie powoli odsłaniały wszystkie słabości. Dopiero teraz zielonooki potrafił wszystko zrozumieć. Dopiero teraz poznał uczucie oddania, poddania się czyjejś kontroli. I mimo, że nieco się tego bał, nie kazał mu przestać. Teraz był już pewien, że to nie władza da mu siłę, lecz towarzystwo tego przypadkowego człowieka.