Translate

piątek, 16 listopada 2012

Historia poza tematem numer dwadzieścia jeden: Stłuczona Utopia.

Napisane jako request dla Milki (Nie bij za godzinę pisania, ale wcześniej nie mogłam, bo robiłam domowe z fizyki). Rodzina w składzie Berwald, Tino, Peter i Hanatamago. Sielanka, kłótnia, przemyślenia i powrót. Stłuczony wazon nigdy nie będzie taki sam, czyż nie?


Stłuczona Utopia

                Dwoje ludzi tak sobie bliskich, tak do siebie podobnych, choć nie związanych więzami krwi. Łączyło ich coś o wiele potężniejszego. Miłość i przeznaczenie. Starszy z nich poprawił okulary, gdy młodszy bawił się z psem. Posadził biegające obok dziecko na swoich kolanach.
- Więc, Peter, co dziś chcesz poczytać? – zapytał chłopca. Czytanie na głos to był jedyny czas, gdy mężczyzna mówił więcej niż tylko „hm”.
- Chcę usłyszeć jak sam coś opowiadasz, tatusiu – chłopiec mocno go przytulił. – Dziękuję, że zabraliście mnie od niego – delikatnie zadrżał na myśl o swym poprzednim opiekunie. Jednak miał z nim też wiele dobrych wspomnień. Jednak w miejscu, gdzie nikt nie podejrzewa go o chęć ucieczki czuje się bezpieczniej.
- A co miałbym Ci opowiedzieć?
- Jak poznałeś mamusię!
- Mamusię? – drugi mężczyzna przez przypadek prawie pociągnął psa za ucho.
- No tak, bo przecież jesteś żoną tatusia, czyli jesteś mamusią.
- Jestem drugim tatusiem i to nie małżeństwo, tylko związek partnerski.
- Tatuś mówi, że jesteś jego żoną i jesteś kochaną mamusią! – maluszek zaczął chichotać. – Mówił, że zawsze słodko wyglądasz w za dużych ubraniach i jesteś taki bezbronny i on zawsze musiał Cię chronić – po tych słowach wspomniany mężczyzna wstał z gniewem.
- Bezbronny, tak? – odłożył psa i sięgnął po wazon stojący na stoliku. – A ile razy to ja Ciebie broniłem?!
- Tino, spokojnie...
- „Żona”, „mamusia”! Czy Ty w ogóle wiesz jakiej ja jestem płci?! A może chcesz znowu sprawdzić, co?!
- Nie przy dziecku...
- On już miał to w szkole, nie zgorszy się. Ja, w przeciwieństwie do Ciebie odrabiam z nim lekcje i wiem co już przerabiał. Ty raczej interesujesz się tylko co masz w misce! I robieniem jakichś bezużytecznych mebli!
- To były prezenty na naszą rocznicę! – mężczyzna wstał tak samo jak młodszy.
- Taa, wszystkie w kolorze flagi Szwecji. Bo mój kraj to już się nie liczy, co?!
- Zaraz Ci uszyję poduszkę z flagą Finlandii..
- Może jeszcze miśka, co!? – po chwili wydał z siebie okropny wrzask i rzucił w mężczyznę wazonem. Brzęk tłuczonej porcelany był dźwiękiem zniszczonej Utopii, rozbitej rodziny. Tino opóścił dom w szybkim tempie.
                Szedł jakiś czas aż nie dotarł do innego dobrze znanego mu budynku. Było mu zimno. W środku grudnia wyszedł z domu nawet nie zakładając butów czy kurtki. Zapukał do drzwi.
- Tino...? – mężczyzna był zdziwiony otwierając mu drzwi.
- Nie, wiesz Soren? Święty Mikołaj, cholera... – wszedł bez zaproszenia.- Daj mi coś mocnego...
- Nigdy Cię takiego nie widziałem... Odkąd zamieszkałeś z Berwaldem stałeś się taki słodki i...
- Bezbronny? Dzięki, gdzieś już to słyszałem... Mam dość...
- Znowu małżeńskie sprawy?
- Jeszcze raz powiesz coś o małżeństwie to rozbiję ścianę Twoją głową!
- Spokojnie, spokojnie... Zaraz dam Ci lekarstwo na wszystkie smutki, z którego słynie pas wódki –mężczyzna po chwili przyniósł mu butelkę. Pili jakiś czas.
                Młodszy mężczyzna co chwile to krzyczał, to płakał. Wszystko sprowadzało się do jednej osoby, Berwalda. Mężczyzny, który zabrał go z miejsca, które szybko przestało być jego domem, choć teraz znów w nim był, mężczyzny, który nauczył go miłości, mężczyzny, który pomógł mu stworzyć prawdziwą rodzinę... I mężczyzny, który miał go za małego słodkiego misia, którego musi chronić. Miał tego dość. Miał dość bycia słodką żonką, podawania mu obiadu, siadania na meblach, które każdego innego przyprawiały o zawrót głowy, tylko dlatego, że właśnie on je zrobił. Chciał udowodnić swoją wartość, ale nie miał jak. A teraz jeszcze zrozumiał, że wybuch złości, zamiast pokazać temu mężczyźnie jego prawdziwą siłę zapewne jedynie wystraszył dziecko. Mężczyzna płakał. Płakał tak jak kobieta, jak dziecko, jak wszystko to, do czego nie chciał być porównywany. Zrozumiał wiele rzeczy. Wiedział, że jest silny, nie wątpił w to, jednak rozumiał, że ta siła mogła... przerażać Berwalda. Negacja. A może Berwald po prostu bał się takiego silnego, samodzielnego Tino i wolał żyć jedynie widząc jego słodką i delikatną wersję? Jego oczy... Gdy Tino wybuchł gniewem oczy Berwalda były pełne strachu... Zawsze czuł się jak marionetka w jego rękach, zawsze czuł, jakby był tylko jego zabawką. Kochał go, ale... To było niczym syndrom sztokholmski... Zaśmiał się w myślach, to w końcu z tego miasta mężczyzna pochodził. Tino zawsze się go bał. Poszedł za nim z nadzieją na lepsze jutro. Jednak szybko jego nadzieje zostały pożarte przez strach. Jednak, mimo wszystko doceniał jego dobroć. Gdy jeszcze go nie kochał tak bardzo bał się mu o tym powiedzieć. Tak długo byli razem nim on tak naprawdę go pokochał... Pozostał przy osobie, która go przerażała. Czy tym nie udowodnił swej delikatności, którą tak wyolbrzymiał Berwald? Bo w końcu, silny mężczyzna uderzyłby go i odszedł... I nigdy nie zaznał szczęścia. Może to racja, może w głębi serca był słaby. Ale to była ta dobra słabość, strach, który Cię bronił, empatia, która prowadziła ku szczęściu. I to właśnie pokochał Berwald, prawda? Tą delikatność. Więc jeśli... Jeśli stanie się silny... Straci go... Musi pozostać zachowana harmonia. On ma być tym delikatnym, tym, którego Berwald będzie chronił. I jeszcze Peter... Jeśli nie pokaże mu ciepła i dobra, a on ujrzy tylko mrukliwość Szweda nigdy nie będzie znał prawdziwych uczuć. Jego rozmyślania przerwało uczucie unoszenia się. Ktoś wziął go na ręce.
- Berwald... Jak tu wszedłeś? – zapytał widząc jasne oczy za okularami.
- Czas wracać do domu... Przeziębisz się. Soren zostawił otwarte drzwi.
- Gniewasz się?
- Nie.
- Boisz się? – długo czekał na odpowiedź, a ta, która nadeszła była tą najgorszą.
- Tak. Boję się, gdy jesteś taki silny...
- Już nie muszę być. Wystarczy, że Ty jesteś – mocno go przytulił i zasnął.
                Obudził się w ich domu. O dziwo nic go nie bolało. Obok niego spał mężczyzna o jasnych włosach, a między nimi słodki chłopiec. Na stole stał posklejany wazon. Wydawało się, że nigdy mu się nic nie stało. A obok stał malutki z plasteliny, a dalej chyba nowy, potężny. Ach, czyż to nie ich rodzina. On, delikatny, lecz potężny, nieważne co się stanie, nie rozpadnie się w pył. Niczym posklejany wazon, który wciąż pełni swoją funkcję pomimo biegu lat. Maleńki plastelinowy wazonik to był Peter, wciąż się kształtował, był delikatny, tak łatwo można było go zgnieść. A ten wielki wazon, prosty i nieco przerażający to Berwald. Stoi nieco na uboczu, jednak przy krawędzi. Jeśli któryś z nich upadnie, zmieni się, to właśnie on rozpadnie się w pył.

czwartek, 15 listopada 2012

Wiersz numer dwadzieścia dziewięć: Wiśniowa herbata.

Anglia rozmyśla o Japonii. Czyli co wyjdzie z połączenia wiśni i herbaty. Trochę słabe, bo pisane o 2 w nocy chwilę po powrocie ze szpitala w Warszawie. W każdym razie jestem wyjątkowa, w ostatnim ćwierć wieku było tylko 200 zachorowań na moją chorobę, nawet nie wiadomo skąd ona się bierze, czyli leczenie objawowe... Jak miło... Ale przysłużę się nauce, bo będą analizować moje DNA. Ale jak zwykle musiałam się wykazać, czyli moja krew jest tak gęsta, że nie dało się jej pobrać, kilka prób było...


Wiśniowa herbata

Zapach kwiatów i owoców drzewa, które kochasz
Sprawia, że zapominam o liściach, które trzymam w dłoni
Miałem, jak zawsze o tej porze
Zgodnie z tradycją zrobić herbatę
Lecz godzina już dawno minęła
Coś rutynę zachwiało
Wciąż myślę o płatkach kwiatów, które tak kochasz
O tym, że są delikatne jak Twe usta
A owoce równie co one są słodkie
Ale to wcale nie tak, że jesteś dla mnie kimś wyjątkowym
To wcale nie tak, że śnisz mi się co noc
A już na pewno nie rozmyślam o Tobie codziennie
Znudziła mi się już herbata pita w samotności
Ty też ją kochasz, czyż nie?
Co Ty na to, by wypić ją razem?
Sam smak herbaty jest smutny, choć głęboki
Głęboki jak grób wykopany dla samotności
Trzeba do niej coś dodać
By samotność zakopać
Już od tylu dni dodaję do niej rumu
Lecz co Ty na to, by dodać płatki wiśni?
Lub kawałki jej zasuszonych owoców?
Wtedy zniknie samotność
Gdy herbata połączy się z wiśniami
Co Ty na to, by wieczór spędzić razem?
Przy wiśniowej herbacie
Opowieściach o dawnych czasach
I duchach przeszłości

środa, 14 listopada 2012

Historia poza tematem numer dwadzieścia: Jesteś cenniejszy niż złoto.

Request dla Miyuuki Mei-Mei Wang. Jej pomysł, ja tylko pisałam. Spain zawsze mi wychodzi taki zły i mroczny... Nie umiem go zrobić normalnego. Postać wzorowana na Hiszpanii poznanym na Dark!Hetalia on jest taki miły. Tam wszyscy są wspaniali, nawet Niemcy, mimo że jest dorosłym mężczyzną. No to miłego Spamano^^ O, po dodaniu nic się nie podkreśliło oprócz Lovi i Carriedo... Bezbłędne mimo angielskiego Worda O_O


Jesteś cenniejszy niż złoto

                Młody chłopak biegł ile sił w nogach. Nie spodziewał się, że te okręty jednak zaatakują. Nie spodziewał się, że ludzie zejdą na ląd. A na pewno nie spodziewał się mężczyzny o skórze koloru karmelu, goniącego go tak zaciekle. Coraz trudniej było mu biec. Widział uśmiech mężczyzny... On tak naprawdę mógł złapać go już dawno... On tylko się bawił. Chłopiec to wiedział. Wyszkolony żołnierz na pewno nie miałby problemów ze złapaniem takiego dzieciaka jak on. Potknął się, czuł, że upada. Chwyciły go silne ramiona. Ramiona w kolorze karmelu.
                Po chwili był niesiony w nieznanym mu kierunku. A raczej zbyt dobrze znanym. Port. Statki. Bał się.
- Nie! – zaczął się wyrywać. – Zostaw! Ja muszę wrócić do brata!
- Wiesz... Mogę zabrać was obu... Ale potrzebuję tylko jednego... Drugi może być pomocny jak zaatakują nas rekiny. Będzie przekąską.
- Nie... Nie zrobisz mu tego!
- Albo jesteś grzeczny, albo moi ludzie przeszukają całe miasto i go znajdą. W ogóle sprowadzą wszystkich ludzi podobnych do Ciebie i zabiją. Może po drodze Twojego brata też?
- Nie...
- Więc jak? Będziesz grzeczny, ale brat zostaje w domu. Albo jesteś niegrzeczny, a ginie pół miasta.
- Będę grzeczny...
                W drodze na statek był cichutko. Bez słowa dał się wrzucić do ładowni. Jedynie po jego policzkach spływały łzy.
- Szef to ma dobrze – powiedział jakiś obleśny mężczyzna patrząc na niego. – Taką ładną dziwkę sobie sprawił.
- No... – dodał jego kolega. – A nam nie pozwala go nawet rozebrać i popatrzeć... Mały, żryj – podszedł do chłopaka z płatem wędzonej ryby. Chłopak nie drgnął. – Żryj dziwko! – mężczyzna uderzył go w twarz.
- Co mówiłem o dotykaniu go? – rozległ się głos Szefa.
- Przepraszam... – winny drżał. Czuł, że czeka go kara. Nie mylił się. Ostrze przecięło jego rękę, jednak sprawiając jedynie ból, bez większych uszkodzeń.
- Wynosić się – krzyknął szef, a mężczyźni odeszli. – Mały... Jedz... – uklęknął przy nim. Dotknął jego ramienia. – Jedz, bo będziesz się źle czuł. Do szczęścia wystarczy dach nad głową – pokazał na pokład nad nimi. – I dobre jedzenie – podsunął mu rybę pod nos. Chłopak nie odpowiadał. – Jak się nazywasz? – dalej cisza. – Ja jestem Antonio. Antonio Fernandez Carriedo – po tych słowach chłopak zadrżał. Znał to nazwisko aż za dobrze. – A Ty? Och, nie odpowiadasz... – delikatnie pogłaskał go po policzku, by później dotknąć jego ust swymi.
- Nie... Zostaw... – wyszeptał chłopiec.
- Och, odezwałeś się... Jeśli będziesz niegrzeczny... – złapał za brzeg jego spodni. – To będzie Twoja kara...
- Proszę... – złapał mocno jego nadgarstek.
- Więc... Jak się nazywasz?
- Lovino Vargas...
- Jak pięknie. Opowiedz mi więcej... I jedz... –zaczął go karmić. Chłopiec jadł niechętnie, lecz gdy tylko dłoń  mężczyzny znalazła się pod jego koszulką natychmiast spotulniał.
                I tak przez długi czas spotykali się co wieczór w ładowni, w której chłopak był uwięziony. Z czasem zaczął się cieszyć, gdy przychodził. Oznaczało to otrzymanie jedzenia i wody, których brakowało mu cały dzień. Rozmawiali. Długo, często rozmawiali. Poznali się praktycznie na wylot. To nieco przerażało chłopca. Czyżby chciano go zabić? W końcu... Jeśli ktoś wie za dużo trzeba się go pozbyć.
- Wiesz, Pomidorku... – zaczął pewnego wieczoru Antonio. – Chciałbym oglądać z Tobą gwiazdy.
- Naprawdę? Czemu chce pan zrobić ze mną coś romantycznego?
- Bo mi się podobasz, maluszku – pocałował go.
- Czemu pan to zrobił? Przecież byłem grzeczny...
- Bo chciałem... Podobasz mi się. Jak myślisz, czemu jeszcze Cię nie zgwałciłem? Słyszałeś przecież, że po to tu jesteś. W porcie też nie miałem żadnej kobiety... Chcę, byś mnie pokochał.
- To nie takie łatwe...
- Pooglądajmy gwiazdy – pociągnął chłopca za rękę. Weszli na pokład.
- Jakie piękne... – chłopiec podszedł do burty i spojrzał w niebo. – Tonio! Zobacz! Spadająca gwiazda! – chłopiec pierwszy raz odkąd się tu znalazł miał na twarzy uśmiech.
- Wiesz, że jeśli powiesz życzenie patrząc na spadającą gwiazdę to się ono spełni?
- Tak...
- Chcę, by Lovi pokochał mnie tak mocno jak ja kocham jego – Hiszpan złożył ręce jak do modlitwy.
- Chcę wrócić do domu – Włoch powtórzył jego ruch.
                Potem dni upływały znów tak samo. Pewnego dnia Włoch zauważył, że jego przyjaciel jest smutny.
- Co się stało...?
- Dziś nasza ostatnia wspólna noc, wiesz?
- Jak to?
- Spokojnie... Chodź do mojej kajuty... – zaprowadził go do tego miejsca. – Połóż się na łóżku.
- Czy pan chce...?
- Tak. Nie sprzeciwiaj się... Ja... Ja Cię kocham...
- Wiem. A ja... Ja chyba pana też...
- Więc, proszę... – chłopiec skinął głową. Nie wiedział czemu ta noc miałaby być ostatnia. Postanowił spełnić jego życzenia. Ciała i dusze połączyły się miłością.
                Rano z okna ujrzał znajome miejsce... Jego miasto. Więc to oznaczała ostatnia noc? Miał teraz... Tak po prostu wrócić do domu? Cieszył się, ale też smucił. Mógł już nigdy nie spotkać go ponownie. Ale w końcu mógł spotkać znów brata.
- Chodź... Czas wrócić do domu – powiedział mężczyzna gdy się ubierał.
- Naprawdę? To... To nie jest pułapka...? I... Już więcej Cię nie spotkam...
- Nie... Oni mnie już nie chcą jako szefa. Mam do wyboru... Banicję poza państwem, albo śmierć. Wybieram Ciebie. Masz w domu jakieś wolne łóżko?
- Położę Ci koc na balkonie – zachichotał.
- Ty wredny – mężczyzna rzucił w niego jego bluzką.
                Wkrótce byli już na lądzie, statek odpłynął.
- Szefie, jakie rozkazy? – zapytał chłopak.
- Wracamy do domu – po jakimś czasie rozmawiali już z młodym chłopcem i silnym mężczyzną tak podobnymi do chłopaka. Czy taka rodzina może istnieć w tym świecie?

wtorek, 13 listopada 2012

Wiersz numer dwadzieścia osiem: Rozpłatanie jedności.

Trochę zaczerpnięte z powtórki z renesansu na polskim, gdy dowiedziałam się, że źle pamiętam daty rozbiorów (już się dobrze nauczyłam!), a trochę z tego, że w sklepie jedna pani dała mi 10 zeszytów do nut akurat jak zastanawiałam się jaką nową melodię skomponować... Właśnie... Wie ktoś gdzie można kupić dobry flet? Mój jest połamany... A kto mnie nauczy nut?^^" *szczyt głupoty został osiągnięty* Nie wiem co zrobię jak mi się znowu Fritz przyśni... A po tym wierszu będzie albo smutny, albo wkurzony... *nasłuchuje melodii fletu, która materialnie rozbrzmiewać nie powinna* Jak co to zagra mi jak się czuje i w razie czego przeproszę^^ Nikt nie powinien cierpieć, pamiętajcie! Gdy zranicie kogoś również będziecie cierpieć, nawet jeśli w inny sposób. Wszyscy powinni być szczęśliwi. Wasze uczynki wrócą do was. Dowód znajdziecie w wierszu^^


Rozpłatanie jedności

Dwie istoty jednością złączone
Miłość ich większa niźli potęga niebiańska
Pod króla władzą jednego
Serce jedno dwóm narodom bije
Czyż potężniejszym coś jawić się może?
W piękno władca zapatrzony
Zła na świecie nie spostrzegł
Troje piekieł wysłanników
Anioły pojmać zapragnęło
Pod władzą trzech władców
Melodia fletu zagłuszyła myśli filozofów
Dwa szmargdowe spojrzenia
A na przeciw nich
Rubiny, fiołki i zimny fiolet
Czemuż to stać się musiało?
Czyż-li zazdrość to była?
Czy potęgi manifestacja
W nieuczciwej walce zdobyta
Nagroda wymknie się niedługo
Oto klątwa spadnie na was, istoty niecne
Rubiny rozpadły się na popiół
Gdzież dom Twój, dawna potęgo?
Fiołki zakwitły w cudzym ogrodzie
Czyją krwią się zbrukałeś? Za kogo swoją przelałeś?
Serce zimnego fioletu spalone zostało
A gdzież teraz Twa rodzina, czemuś sam w pustym wielkim domu?
Szala się odwróciła
Trawa rośnie w majowym słońcu
Szmaragdy okazały się silniejsze
Niźli rubiny, fiołki i zimny fiolet
Nadzieją zdziałasz więcej niż zazdrością

poniedziałek, 12 listopada 2012

Wiersz numer dwadzieścia siedem: Wolność.

Kolejne Niepodległościowe. Jedno napisane przed świętem, drugie po święcie a w święto FrUK... To nie jest normalne. A więc po prostu radujmy się wolnością!


Wolność

Tak długo wyczekiwane wolności wytchnienie
Pierwsze własne westchnienie
Z dala od oczu złych
Rubinu, fiołków i zimnego fioletu
Szmaragd rozświetla drogę ku szczęściu
Złote światło słońca
Niczym płomienne skrzydła feniksa
Na niebie igra biel z czerwienią
Orzeł i feniks
Potężne istnienie
Złoto i szmaragd w jednym
Białym i czerwonym jarzy się płomieniem
Choć wiele łez jeszcze wylanych zostanie
To teraz płyną łzy radości
Niedługo spadnie śnieg
A gdy się roztopi zmyje wspomnienie cierpienia
I znów wyrośnie trawa i zakwitną drzewa
W kraju wolnym i pełnym radości

niedziela, 11 listopada 2012

Historia poza tematem numer dziewiętnaście: W szkole można się wiele nauczyć.

AU, request dla Aurellie. Tak jak prosiła Arthur i Francis są w szkole, Artur jest nowym uczniem, wpada Francisowi w oko... A co dalej się dzieje chyba wszyscy wiedzą. One-shot w końcu nie potrzebuje zbyt skomplikowanej fabuły.


W szkole można się wiele nauczyć

Dla niektórych ludzi był to dzień taki jak każdy inny. Nudny, zaczynający się od klęcia na czym świat stoi gdy tylko zadzwonił budzik. Czasem chciałoby się zostać w świecie snów na zawsze. Zwłaszcza, gdy rzeczywistość zmieniała się diametralnie. Młody chłopak przekroczył próg sali, w której miała lekcje jego nowa klasa. Nowa klasa, nowa szkoła, nowe otoczenie. Wszystko się zmieniało z dnia na dzień. Nowi ludzie w okół niego i nowe wspomnienia, które tu powstaną.
- Pan Kirkland, prawda? – powiedziała nauczycielka patrząc na niego kątem oka. – Usiądzie pan tutaj – pokazała na miejsce obok błękitnookiego chłopca. Proszę mieć go na oku – chłopak więc przywitał się skinieniem głowy i usiadł na wyznaczonym miejscu.
                Nie wiedział jak wiele zmieni się od tego momentu. Zauważył, że chłopak mało uważnie słucha nauczycielki. Głównie... przyglądał się mu... To było dziwne... Trochę deprymujące. Czuł, jakby był obserwowany. I tak było na każdej lekcji, jednak chłopak nie odzywał się do niego, nawet gdy go wołał. To było takie dziwne.
Od tego czasu często o nim myślał. W szkole znajdował różne dziwne liściki. Napisane były pięknym pismem i podpisane jako napisane dla niego. Swoją drogą... Nigdy nie widział pisma tego chłopaka...
Pewnego dnia w szkole chłopak nagle zaciągnął go do łazienki i zamknął się razem z nim w kabinie.
- Arthur... – wyszeptał do jego ucha.
- Skąd znasz moje imię...?
- Obserwowałem Cię. Masz przecież wszystkie książki i zeszyty podpisane. Wszystkie nowiutkie. Dziecko z dobrego domu... Pewnie nigdy nie zrobiłeś niczego, czego zabronili Ci rodzice, czyż nie? – zachichotał i wpatrywał się w niego wielkimi, niebieskimi oczyma.
- A co Cię to obchodzi? Zostaw mnie! I jeszcze Twój akcent... Pieprzona żaba! Puszczaj mnie!
- Myślisz, że ze mną tak łatwo? Nie wymkniesz mi się... Nawet jeśli odejdziesz to i tak wrócisz... Obiecuję Ci to... – pocałował go delikatnie, jedynie dotykając jego warg. – Będziesz chciał więcej, przyjdziesz po więcej, wiem to – zachichotał i go puścił. Wyszedł oglądając się na niego. Zielonooki dotknął swych ust i upadł na kolana.
- Co to wszystko ma znaczyć? – wyszeptał sam do siebie. – Pierwszy pocałunek z... z obcą osobą... z chłopakiem... To nie tak miało wyglądać... Ale... Jego usta... Są ciepłe, słodkie... Czemu to zrobił...? – mimo, że zadzwonił dzwonek nie wyszedł. W oczach miał łzy. Czuł się... być może wykorzystany. W końcu, został do tego zmuszony, nie chciał tego. Ale... To wspomnienie... To ciepło... Miękkość i smak jego ust. Nie mógł tego zapomnieć.
                Od tego dnia był bardzo uważny. Być może podchodziło to prawie pod paranoję. Patrzył wciąż w te niebieskie oczy, zauważał te malinowe usta wykrzywione w uśmiechu. Wciąż rozglądał się w okół siebie, jakby zaraz znów miał zostać wciągnięty do łazienki i pocałowany. Tak bardzo się tego bał. W końcu wolał kobiety, prawda? Nie mógł chcieć, by pocałował go chłopak, to było... nienormalne. Unikał go, jednak na większości lekcji musiał siedzieć z nim w ławce. To było niczym mała, psychiczna tortura. Musiał być tak blisko tego, czego tak bardzo się bał. Znów błękitne oczy spoglądały na niego. Poczuł jego dłoń na swoim udzie.
- Zostaw... – wyszeptał do niego, by nikt inny nie usłyszał.
- Spokojnie, nie dotknę Cię „tam”. Chcę tylko trochę Cię pogłaskać. Wszystko będzie dobrze.
- Nie będzie. Zostaw...
- Boisz się?
- Nie.. Ja po prostu nie chcę...
- Wstydzisz się tak przy ludziach? Może Cie to podnieca i nie chcesz, by inni to zobaczyli?
- Nie... Nie chcę i już, rozumiesz? Zabierz rękę.
- Nie zauważyłeś czegoś? Czy ja kiedykolwiek robiłem notatki? Albo dostałem złą ocenę? Nie. To chyba daje do myślenia. Nie możesz mi niczego zabronić.
- Więc... Proszę... Zostaw... – jego dłonie drżały. Naprawdę bardzo, bardzo tego nie chciał.
- Już, już, spokojnie – chłopak zabrał rękę. – Tylko się droczę. Nie jestem taki. Nie cieszy mnie ludzkie cierpienie. Ale chciałbym... Chciałbym, byś mi kiedyś na to pozwolił, wiesz? Sprawię, że będziesz tego chciał – uśmiechnął się tak niewinnie, że zielonooki wręcz żałował, że kiedykolwiek pomyślał o nim coś złego.
                I tak jak chłopiec obiecał, każdego dnia z nim rozmawiał, był miły. Powoli sprawiał, że zielonooki przestawał się bać. Jednak wciąż mu się opierał. Przecież nie jest taki jak on, prawda? Może nigdy nie miał dziewczyny, ale to nie znaczy, ze chciał mieć chłopaka, prawda? Jednak powoli jego opory mijały. Przyjacielskie poklepanie po ramieniu było pierwszym celem błękitnookiego. Arthur nawet nie wiedział, że tak mały gest wywoła ten dziwny uśmiech na twarzy chłopaka. Czuł się powoli jak zwierzyna. Każde słowo mogło być kolejna pułapką, a każdy dotyk zbliżał go do przegranej. Powoli myślał, że chce przegrać. W nocy zaczął śnić o tym pocałunku. Tak niewinnym, a tak wiele mu odbierającym... i jeszcze więcej dającym. Kiedyś patrząc ukradkiem na błękitnookiego dotknął swych ust. Wtedy usłyszał jego chichot.
- Więc ciągle o tym myślisz, mój Arthurze? – błękitnooki przybliżył się do niego tak, że prawie stykali się nosami. – Chcesz to znowu Cię pocałuję – zachichotał i mrugnął do niego.
- Nie... Ja tego wcale nie chcę...
- Mówisz to mi czy wmawiasz sobie? Przecież widzę. Zerkasz na mnie, dotykasz swych warg. Ile razy je zagryzałeś, gdy tylko Cię dotknąłem? Boisz się, że podniecisz się przy ludziach? Wiec tak... Przyjdź do mnie po szkole. Nie mówię, żeby dziś, czy jutro. Kiedy chcesz. Dam Ci swój numer. Po prostu zadzwoń, jeśli będziesz chciał przyjść. Możemy nawet po prostu wrócić razem ze szkoły – wyjął z jego kieszeni telefon i zapisał swój numer, po czym wysłał sygnał na swój telefon. – O, załatwione. Teraz już nigdy nie będziesz samotny. Będzie wystarczyło, że zadzwonisz. Napiszę Ci w sms mój adres,dobrze? – chłopak wziął swój telefon. Jego zwinne palce poruszały się po klawiaturze bardzo szybko, a po kilku sekundach słychać było dźwięk wiadomości dochodzący z telefonu zielonookiego. – Teraz już nie będziesz samotny. Byłbym szczęśliwy, gdybyś wysłał mi swój adres.
- Pomyślę nad tym... – chłopak zajął się jedzeniem, by nie musieć mówić już nic więcej.
                Długo nad tym myślał. Ten delikatny pocałunek wtedy, jego słowa. To wszystko wziąż odbijało się echem w jego głowie. Nie wiedział co o tym wszystkim myśleć. I jeszcze te sny... Sny, w których błękitnooki go dotyka, całuje i... Nie! Nie może o tym myśleć! Znów obudził się rano ze zbyt ciasnymi spodniami od piżamy. To robiło się denerwujące. Wciąż myślał o nim. A co jeśli... Jeśli przyszedł by do niego i pozwolił mu na więcej? Czy by tego żałował? Powoli zaczynał w to wątpić. Powoli zdawał sobie sprawę z tego, że tak naprawdę by tego chciał. Pierwszego dnia wiosny poszedł pod wskazany adres. Był już wieczór, a on nie zadzwonił wcześniej. Nie liczył na to, że chłopak będzie w domu. Jednak po chwili otworzył mu drzwi. Był otulony jedynie ręcznikiem zawiniętym na biodrach. Z włosów powoli kapała mu woda. Był taki piękny i... kuszący? To chyba... Chyba dobre słowo... Przez te wszystkie miesiące zielonooki wciąż myślał o tym jednym, błahym muśnięciu warg, gdy teraz mógł zyskać o wiele więcej.
- Wejdź... Od zawsze na Ciebie czekałem... – błękitnooki pocałował go w policzek na przywitanie, a gdy zamknął drzwi złapał go za pośladki.
- Przestań... – zielonooki zadrżał.
- Ale po to tu przyszedłeś, prawda? Po to, co Ci obiecałem.
- Nie... Może „jeszcze nie”. Nie jestem na takie rzeczy gotowy... Nie myślałem o nich...
- Myślałeś, nie oszukasz mnie. Myślałeś odkąd tylko pierwszy raz Cię dotknąłem, pragnąłeś więcej.
- Ale tylko trochę więcej... Naprawdę...
- Gdzie ta Twoja stanowczość? Czyżby znikała, gdy jestem w pobliżu? – wkrótce błękitnooki otworzył przed nim drzwi do swojej sypialni. Zielonooki przełknął nerwowo ślinę. – Wejdź.
- Ale ja... Ja wciąż nie... Nie rób mi nic...
- Spokojnie... – wepchnął go do środka i zamknął za nim drzwi. – Będę delikatny... – zachichotał i odwiązał ręcznik okrywający jego biodra. Zielonooki zasłonił oczy z rumieńcem na twarzy. – Cichutko... Patrz na mnie. Patrz na to co pragniesz... Połóż się.
- Ale ja nie po to tu przyszedłem! Chciałem tylko... Tylko wyjaśnić...
- Co wyjaśnić? Denerwujesz mnie...
- Czy Ty cokolwiek do mnie czujesz? Czy... Czy jestem jedynie zabawką?
- Nigdy nie byłeś zabawką. Widziałeś, żebym był blisko kogokolwiek innego? Gdybym chciał się pobawić po prostu poszedł bym gdzieś do lasu, do tych kobiet, które tam stoją i im zapłacił. Skoro sam chcę coś zdobyć, to znaczy, ze jest to dla mnie ważne.
- Ja chyba... Chyba się w Tobie zakochałem.
- Co? To... To też dobra wiadomość – błękitnooki podniósł palcem jego podbródek tak, by spojrzał mu w oczy. – Bo ja kochałem Cię od samego początku... – powoli położył go na łóżku.
- Zostaw... Ja...
- Nikogo nie ma w domu. Drzwi są zamknięte, a klucz schowany. Dalej masz jakieś obiekcje?
- Ja jeszcze nigdy... Proszę...
- Spokojnie... – błękitnooki delikatnie pogłaskał go po włosach. – Wszystko będzie dobrze. Rozluźnij się. Chcesz tego, tylko nie dopuszczasz do siebie tej myśli. Już, już,... Uspokój się.
- To boli, prawda?
- Tylko przez chwilę...
- Zostaw. Nie chcę tego... I Twój akcent... Ty chcesz tylko jednego...
- Chcę Ciebie. Nie ma nic do rzeczy to skąd pochodzimy.
- Ale Ty...
- Uspokój się! – przygwoździł go do łóżka. – To boli tylko chwilę, będę delikatny i nie zostawię Cię po wszystkim jak pierwszej lepszej dziwki , jasne?
- Tak...
- Więc już przestań się tak denerwować – pocałował go. Powoli wieczór zamieniał się w noc. A oni byli co raz bliżej siebie. Ubrania przestały być granicą, ciała przestały być oddzielne. Noc zapadła im w pamięć już na zawsze. I nikt się nie dziwił, gdy do szkoły szli trzymając się za ręce.

sobota, 10 listopada 2012

Wiersz numer dwadzieścia sześć: Oczekiwanie.

Trochę w temacie jutrzejszej rocznicy odzyskania Niepodległości. Miałam dziś pisać jedno zamówienie, ale jeszcze nie dostałam opisu, a jutro miałam pisać o właśnie jutrzejszym dniu, ale napisałam odwrotnie. Możliwe, że jutro albo znowu napisze coś niepodległościowego, albo zamówienie. Możliwy brak notek około 14.11.2012, ponieważ jadę do szpitala.


Oczekiwanie

Tak piękne oczy w kolorze szmaragdu i wolności
Tak wiele lat zasłonięte były łzami
Radość zniewolona była smutkiem
Uśmiech utopiony pod łzami
Sześcioro oczu patrzyło w te w kolorze szmaragdu
Rubiny, fiołki, zimny fiolet
Czemuż to musi tyle trwać?
Czemu nie można tak po prostu odejść?
Tak wiele razy próbował
Zielona trawa jednak zamarzała pod śniegiem
Lecz nigdy nie wolno się poddać
Zieleń to kolor nadziei
Pamiętaj, mój chłopcze kochany
Kiedyś wzlecisz na skrzydłach orła białych
I już nigdy nie zaznasz równego temu cierpienia
Nie myśl teraz o przelanych krwi czy łzach
Nie myśl o tym co będzie za wiele lat
Nie myśl o tym co już się wydarzyło
Tylko oczekuj, oczekuj kochanieńki
Aż rozkwitnie wolności kwiat
Będzie złotem pośród szmaragdów
Przyćmi rubiny, fiołki i zimny fiolet
Już niedługo Twa potęga powróci
Pamiętaj tylko o jednym, chłopcze mój drogi
Nie wolno Ci się poddać
Nigdy, przenigdy nie zamykaj oczu
Choćby widziały cierpienie większe niż śmierć
Nadejdą czasy, gdy błagać będziesz o wieczny sen
Jednak zawsze znów wstaniesz
Powstaniesz z popiołów
Feniksie o szmaragdowych oczach