Gdy
ujrzałem Cię pierwszy raz, nie myślałem nawet o tym, jak bardzo zmienisz moje
życie. Stałeś samotnie, w strugach deszczu, opierając się o płot placu zabaw.
Obok Ciebie stały walizki, wielki plecak. Czyżbyś dopiero przyjechał? Ale czemu
nie poszedłeś do miejsca, w którym miałeś mieszkać? Zrozumiałem to dopiero
później. Najpierw Cię po prostu minąłem, myślałem, że tylko chcesz tu chwilę
odpocząć, a deszcz Ci nie przeszkadza. Nie przejąłem się tym, że mokniesz, w
końcu każdy ma swoje dziwactwa, może Tobie podobało się stanie w deszczu.
Jednak, gdy po skończonym dniu szedłem do domu, ujrzałem Cię znowu. Była noc,
wszędzie było pusto. I tylko Ty jeden z bagażami na ławce w parku. To już
wydało mi się dziwne, podszedłem więc do Ciebie. Wydawałeś się być niewiele
młodszy ode mnie. Uśmiechnąłem się i zapytałem spokojnie:
- Byłeś tu cały dzień? Siedzisz z tymi bagażami, a widziałem
Cię jak stałeś w deszczu. Nie masz dokąd iść? – zawsze byłem szczery, nie
chciałem więc teraz owijać w bawełnę.
- A co Cię to obchodzi? Nikt z was na pewno nie jest
zadowolony z tego, że tu jestem – odpowiedziałeś zdenerwowany. Na początku nie
rozumiałem, co masz na myśli, ale po chwili dotarło to do mnie. Mimo iż
mówiliśmy po francusku, przez Twe słowa przebijał silny, brytyjski akcent.
Miałeś rację. Nigdy nie chcieliśmy was tutaj... Czasem, widząc zachowanie
innych ludzi, zastanawiałem się, czy nie odrzucali wszystkich obcokrajowców.
- Udowodnijmy, że jesteśmy inni od tych ludzi, pełnych
nienawiści. Ja Ci pomogę, Ty bez narzekania przyjmiesz moją pomoc. Historia
jedno, ludzie drugie. To, że inni wciąż przeżywają każdą wojnę i bitwę między
naszymi krajami, nie znaczy, że my też musimy. Chodźmy do domu – wyciągnąłem ku
Tobie dłoń, nie znając nawet Twojego imienia. Może poniosła mnie moja wrodzona
romantyczność i widząc Cię takiego zagubionego, chciałem zostać Twoim
wybawicielem, może po prostu chciałem tym jednym zdaniem zmazać całą istniejącą
na świecie nienawiść.
- Nie znasz mnie, nie wiesz kim jestem. A ja też nie wiem
nic o Tobie. Jesteś tak naiwny czy tak przebiegły? Co naprawdę chcesz zrobić? –
nie ufałeś mi. Spodziewałem się tego. A czego innego mógłbym się spodziewać? Na
pewno nie tego, że z wdzięcznością padniesz mi do stóp, nazywając wybawicielem.
Prawie się roześmiałem, gdy to sobie wyobraziłem. Ale należało wrócić do
rzeczywistości i się Tobą zająć.
- Francis Bonnefoy – powiedziałem, wyciągając ku Tobie dłoń.
– Teraz już znasz moje imię. A jakie jest Twoje? – Ty zaśmiałeś się pod nosem i
pokręciłeś głową.
- Arthur Kirkland – ująłeś moją dłoń w przyjacielskim geście
i uśmiechnąłeś się delikatnie. – Nie odpuścisz, prawda?
- Oczywiście – po chwili szliśmy już do mojego domu,
rozmawiając. A raczej to ja ciągle mówiłem. Ty byłeś strasznie tajemniczy i
cichy. Wydawałeś się mnie obserwować, jak drapieżnik ofiarę. Jednak
postanowiłem, że Cię oswoję, sprawię, że lew stanie się kotem. Zapomniałem
jednak, że nawet przytępione pazury odrastają i mogą przeciąć tętnicę.
Początki
bywają trudne, prawda? Ale nie sądziłem, że aż tak... Byłeś cichy i tajemniczy.
Wiedziałem tylko, że przyjechałeś tu na studia. Nie powiedziałeś nawet jakie...
Nie znałem kierunku, w którym podążałeś każdego ranka. Wracałeś późno. Może
miałeś długo zajęcia, może dodatkową pracę. Kiedyś szukałem w Twoich rzeczach
legitymacji, gdy spałeś, chciałem wiedzieć chociaż podstawy, gdy Tobie
opowiedziałem prawie całe swoje życie, jednak obudziłeś się i prawie mnie
pobiłeś. Myślałeś, że chcę Cię okraść mimo, że tak długo już byłeś bezpieczny w
moim domu. Jednak wtedy, w środku nocy, usiedliśmy razem w kuchni i zaczęliśmy
rozmawiać. Studiowałeś historię, którą najpierw częściowo ukończyłeś w
ojczyźnie, a teraz chciałeś kontynuować tutaj. Nie rozumiałem czemu, ale
wyjaśniłeś, że każdy kraj inaczej przedstawia swoją historię, a Ty chciałeś jak
najlepiej poznać relacje tych dwóch państw. Dlatego chciałeś wiedzieć, co my
myślimy o przeszłości. I wtedy wpadłem na ten pomysł...
- Styl życia też wiele znaczy dla sposobu myślenia... A to
on wpływa na postrzeganie historii... Wiesz... Może nauczę Cię życia po
francusku...? – podszedłem do Ciebie i starając się powiedzieć to głosem, który
miałby przywieźć na myśl kuszenie, wyszeptałem Ci do ucha: - A la française...
- To do
it the French way...? – powiedziałeś z delikatnym uśmiechem. A ja wiedziałem,
że staniesz się moją ofiarą.
Najpierw to była zabawa.
Chciałem popatrzeć, jak będziesz reagował na wszystko, co Ci powiem. Byłeś tak
tajemniczy, w pewnym sensie sztywny. Chciałem zobaczyć Twoje emocje...
Zdziwienie, może strach. To nie było nic dziwnego, zwykła ciekawość. Zacząłem
od pokazywania Ci jedzenia. Przysmaki, które dla Ciebie musiały wydawać się być
dziwne, obrzydliwe. Krzywiłeś się od zapachu sera, który razem jedliśmy, ale
wiedziałem, że Ci smakował. Wydawałeś się walczyć z samym sobą, gdy odrzucał
Cię zbyt intensywny zapach, a kusił Cię smak. Pułapka, z której nie było
ucieczki. Czyż to nie jak kuszenie diabła? Gdy chcesz wyciągnąć dłoń ku bestii,
która pożre Twą duszę? Jednocześnie czujesz strach i pożądanie. Lubiłem patrzeć
na Twą twarz pełną sprzecznych emocji. Jedliśmy razem wiele podobnie, dla
Ciebie odrażających, a dla mnie wspaniałych rzeczy. Dopiero później
zrozumiałem, jak bardzo zbliżyło nas to do siebie. Czy to nie wyglądało jak
randki? Wspólne kolacje, które przygotowywałem dla Ciebie, jedliśmy je, patrząc
sobie w oczy. Powinienem był zrozumieć to od razu. Ale byłem zbyt zaślepiony
obserwacją Ciebie, by zauważyć cokolwiek innego.
Później nadszedł czas, by
słuchać. Chciałem, żebyś w końcu oderwał się nieco od tych swoich książek i
notatek. Było bardzo trudno Cię do tego zmusić, ale w końcu się udało.
Zaprosiłem Cię do niszowego klubu, na koncert nikomu nie znanej kapeli. Ludzi
było mało, miejsca zresztą niewiele więcej. Przyciemnione światło dawało piękny,
przytulny efekt intymnej romantyczności. Naprawdę mało kto słuchał zespołu,
który śpiewał nieco smętną balladę, Ty również wydawałeś się być znudzony. W
kątach sali widziałem pary zajęte sobą. Przez chwilę myślałem o tym, by nagle
przyciągnąć Cię do pocałunku, ale wiedziałem, że byłoby to zbyt natarczywe. Nie
byliśmy parą, nie byliśmy nawet w sobie zakochani. Ale, gdy patrzyłem na
Ciebie, tysiące dziwnych myśli zalewało mój umysł, nie potrafiłem ich
powstrzymać. Wróciliśmy do domu i wieczór spędziliśmy na słuchaniu muzyki z
Twoich płyt, przywiezionych z domu. Nawet dowiedziałem się, że w domu czasem
grałeś na gitarze. Żałowałem, że nie wziąłeś jej ze sobą. Ale potrafiłeś
wspaniale śpiewać. Podziwiałem Twój głos i czułem, jak zbliżamy się do siebie jeszcze
bardziej. Mimo, że byliśmy całkowicie trzeźwi, całą noc śpiewaliśmy razem coraz
to dziwniejsze piosenki. Pierwszy raz słyszałem Twój śmiech. Rozmawialiśmy o
naszym dzieciństwie, dziwactwach, które robiliśmy jako szkraby. Nie wiem, skąd
to się wzięło, ale przegadaliśmy razem wiele godzin, nim słońce nie pojawiło
się na niebie. To było tak piękne i zwyczajne jednocześnie. Poczułem, że znam
Cię bardzo dobrze. Może Ty też zaufałeś mi bardziej. Zasnęliśmy ot tak, w
salonie tuż obok wieży stereo, która sama się wyłączyła jakiś czas po tym, jak
skończył się zapis na płycie. Po prostu rozmawiając, położyliśmy się na
podłodze, by było wygodniej i nagle było dużo, dużo później. Ale nie
przeszkadzało nam to, raczej nieco rozbawiło. Staliśmy się niczym przyjaciele z
dzieciństwa. Ale ja wciąż czułem, że kryjesz coś jeszcze.
Szczerze? Postanowiłem Cię upić.
Chciałem, żebyś po prostu wygadał po pijaku wszystkie swoje sekrety. Zaprosiłem
Cię do baru, wiem, szczeniacki trik. Ale chciałem jedynie znać całą prawdę o
Tobie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, czemu tak bardzo tego chciałem. Gdy
wypiłeś nieco zbyt wiele zacząłeś mówić wiele smutnych rzeczy... Twoje
wspomnienia były bolesne. Czemu nie mówiłeś o niczym miłym? Wydawałeś się być
załamany samymi myślami. Chciałem Cię uciszyć, samo słuchanie Ciebie bolało, a
Ty to wszystko rozpamiętywałeś. Pocałowałem Cię tylko po to, by zamknąć Ci
usta. I wtedy zrozumiałem, czego naprawdę pragnę. Ciebie, Twych ust. Nie, nie
wykorzystałem Cię wtedy. Zabrałem do domu, położyłem spać. Ale ta myśl nie
dawała mi spokoju, musiałem Cię zdobyć.
Nie mogłem tak po prostu się
poddać, a pozostało tak niewiele czasu nim stąd wyjedziesz. Nie miałem żadnej
pewności czy wrócisz tu po wakacjach. Musiałem więc nauczyć Cię jeszcze
ostatniej rzeczy...
-
Myślisz, że miłość w poszczególnych krajach różni się od siebie? – zapytałem nagle.
Chciałem wzbudzić Twoją ciekawość, złapać Cię w pułapkę. Czekałem, aż sam
poprosisz mnie o to, bym Ci to pokazał.
- Miłość
każdego człowieka różni się od siebie... A jaka jest Twoja? – zapytałeś zerkając
na mnie zza książki. O, czyżbyś i Ty postanowił mnie kusić? Podjąłem tą grę.
- Jest
namiętna, romantyczna i wierna...
-
Wierna? Wydajesz się być raczej bawidamkiem...
- Pokaże
Ci, że się mylisz – powiedziałem, przyciągając Cię do pocałunku. Nie opierałeś
się, nawet oddałeś pieszczotę. Potem... Potem to Ty sam zacząłeś się
rozbierać...
- Tego
właśnie chcesz, prawda? – zapytałeś, patrząc mi w oczy, gdy przełykałem nerwowo
ślinę na Twój widok.
- Jeśli
Ty też, to czemu miałbym nie chcieć?
- Wrócę
tu, ale masz na mnie czekać.
- Będę
wierny jak pies.
- Teraz
wolę, byś był tygrysem...
- Choć
to Ty zawsze jesteś lwem...
-
Zamknij się – po tych słowach mnie pocałowałeś. Tak, jak nigdy bym się tego nie
spodziewał. Uległem Ci. Nim minęła noc zrozumiałem wszystko i straciłem zmysły.
A me serce leżało w Twych dłoniach.
Sam tytuł sprawił, że zaczęłam się śmiać. Tego się nie spodziewałam! Super Ci to wyszło kiciu.
OdpowiedzUsuńA widziałaś link w tytule? A, Ty chyba to już znasz^^" Słodka jesteś strasznie^^
UsuńPokazywałaś mi ^-^ Nie jestem słodka...
UsuńA, no tak... Ostatnio na YouTube rozmawiam z Hirako... No i mu truję, że się boję Accado... Zgadnij kto później do mnie napisał...
UsuńOh, słodko!
UsuńWiesz, że są filmiki jak Accado śpiewa? Ma słodki głos, jak powiew wiatru w fontannie... Głos Hirako przypomina niego krople deszczu spadające na dzwonki,,,
Usuń